Welcome, Home!

•2 Październik, 2008 • 1 komentarz

Dokladnie 15 dnia wrzesnia 2007 roku zakonczyla sie moja trzymiesieczna przygoda ze Stanami. Byl to czas specyficzny, naznaczony jeszcze doglebniejszym poznawaniem siebie (Nawet, jesli czlowiekowi wydaje sie, ze wie o sobie wszystko, to i tak moze byc pewien, ze tak nie jest), potrzeba radzenia sobie w sytuacjach stresowych (przygotwania, sama wyprawa), trudnych (radzenie sobie samemu w rzeczywistosci znanej dotychczas jedynie z filmow!), a czasem i bardzo trudnych (tesknota za dziewczyna czekajaca w Polsce, fatalne warunki w pierwszej pracy i koniecznosc jej zmiany po zaledwie dwoch tygodniach)…

Wszystko to jednak sprawia, ze czlowiek nabiera wiekszej pewnosci siebie. Swiadomosc, ze nie ma innego wyjscia, jak tylko poradzenie sobie, jest niezwykle motywujaca.

Byl to czas pracy, zwiedzania, odpoczynku… Jak sie okazuje, ten ostatni potrafi byc najbardziej energochlonny. Przymusowego „nic nie robienia” tez sie trzeba nauczyc. Czasem bywa to niezwykle irytujace, ale w konsekwencji pozwala ci zaliczyc kolejny level na drodze ku poznaniu swiata, siebie, innych.

Wizyty w Bostonie, Providence, Waszyngtonie, Filadelfii, Niagara Falls, „siedlisku zla”😉, czyli Nowym Jorku oraz kilku pomniejszych miejscowosciach pokazaly mi USA, jakiego nigdy nie zobaczylbym na zadnym filmie. Brudne, tandetne, smutne… Czasem rowniez ciekawe, atrakcyjne i fascynujace, ale w ZUPELNIE inny sposob, nizbym kiedykolwiek wczesniej o tym pomyslal.

Ludzie, ktorych tutaj poznalem – historie, ktore zaslyszalem – wspomnienia i sytuacje, ktorych doswiadczylem… To wszystko w jakiejs czastce pozostanie juz na zawsze we mnie i ze mna. W przeciwienstwie – rzecz jasna – do pieniedzy, ktore tu zarobilem, a ktore wkrotce rozejda sie we wszystkie strony.
PS: Jeszcze jedno. Tylko jedno. Jesli ktos chcialby mi kiedys zadac pytanie o to, czy warto poleciec do USA,
odpowiem mu, ze z pewnoscia warto – ale przede wszystkim z powodow, ktore opisalem powyzej. Jesli chcecie zabawy, niezapomnianych, fanstastycznych wrazen, piekna miast i nieskazonej ludzka reka przyrody, radosci i serdecznych ludzi – byc moze uda wam sie to napotkac gdzies tutaj, ale lepiej wybierzcie sobie inny kraj.

Hollywood ze swoja wersja USA to bajka, a bajki sa dobre dla dzieci.

Thank You and See You soon!:)

Z odwiedzinami u Lady L.

•6 Październik, 2007 • 1 komentarz

Hostelowe łazienki nie zachwycają poziomem czystości, ale fakt, że nie brakuje gorącej wody i mydła, wystarcza bym tego ranka czuł się niczym w Sheratonie. Śniadanie, które jest wliczone w cenę (bułka z dżemem, jabłko i kawa. Kawa! Hurra!) przychodzi mi zjadać słuchając języków całego świata. I tutaj, w gwarze, co chwilę przewijają się znajome, słowiańskie słowa – chociaż tym razem wyjątkowo bez polskich akcentów. Podczas posiłku towarzystwa dotrzymuje mi chłopak z Boliwii. Mimo, że jest informatykiem, historię swojego życia streszcza CAŁE 20 minut.  Opowiadam też trochę o sobie. Swoją drogą słuchanie ludzi i poznawanie ich drogi do miejsca, w którym aktualnie się znajdujemy, od zawsze należało do najciekawszych akcentów podróży. I miło, że nawet tutaj, w Nowym Jorku, w którym wszyscy są bardzo zabiegani, a czas płynie dwa razy szybciej, niż w innych partiach świata – jest okazja na chwilę przystanku. Tuż przed opuszczeniem hostelu przeglądam ulotki ze stojaka umiesz czego przy wyjściu. Wśród masy śmiecia i wszechobecnych w Stanach kuponów rabatowych na usługi, z których i tak nigdy bym nie skorzystał, znajduję folder „USA Rail Pass”. Okazuje się, że Amtrak mój ulubiony oferuje obcokrajowcom przejazdy po promocyjnych cenach. W specjalnych agencjach (i tylko tam!) można zakupić 3, 5, albo 7-dmio dniową książeczkę umożliwiającą odbycie nielimitowanej liczby przejazdów na terenie różnych regionów Ameryki. W tym przypadku, na obszarze północno – wschodnim. Jako, że za tygodniowy „Rail Pass” trzeba zapłacić 170 dolarów, długo przychodzi mi kalkulować, czy aby taki właśnie wybór kontynuacji mojej podróży będzie tym najlepszym. Ostatecznie dochodzę do wniosku, że tak! Tym bardziej, że decydując się na zakup dziś i rezerwując przejazd do Waszyngtonu na najbliższą noc, mogę zaoszczędzić na kolejnym noclegu. Mam adres agencji i znając godziny urzędowania, postanawiam udać się tam zaraz po powrocie z Liberty Island. Wyspa, na której stoi najbardziej znany symbol Ameryki stanowi bowiem mój najbliższy cel. Metrem dojeżdżam w dobrze już znane rejony południowego Manhattanu. Kolejka po bilety przesuwa się dość szybko, a informacja, że za kurs zapłacę tylko 11 dolców (a nie 30, jak poinformowały mnie jakieś „kompetentne” osoby dzień wcześniej) nastraja bardzo pozytywnie. Kontrola, podobna do tej, która towarzyszyła wjazdowi na Empire State, przebiega dość szybko. Wskakuję na prom i kilkanaście minut później ruszam ku pomnikowi. Nowy Jork nie pozwala mi się czuć obco, a w dużej mierze i samotnie. Pierwszych Polaków słyszę już na promie. Cały zastęp kolejnych poznaję tuż po zejściu na ląd. Grupę kilkunastu emerytowanych par przygnało tu jedno z warszawskich biur podróży. Jeżdżą autokarem już od miesiąca, zwiedzając największe atrakcje Stanów. Na pierwszy rzut oka, rewelacja. Jednak zamieniając na osobności po kilka zdań z dwiema, trzema parami, dowiaduję się, że atmosfera podczas podróży zbyt wesołą nie jest. Podział na małe grupki, wzajemne oszczerstwa i obgadywanie za plecami to standard. Wszyscy się wzajemnie obwiniają i każdy tak naprawdę cieszy się, że za parę dni wyprawa dobiegnie końca. W pewnym momencie nachodzi mnie refleksja, że rozmowa z jednym ze starszych małżeństw zajmuje mnie bardziej, niż podziwianie seledynowej kobietki. Zresztą ich również. Chyba wszyscy mamy już trochę dosyć oglądania „wielkich wspaniałości Ameryki”, które w istocie duże większe wrażenie robią w telewizji, na filmach, na zdjęciach, niźli podczas doświadczania empirycznego.

Zanim się pożegnamy, zaskakuje mnie jedno pytanie. Starsi państwo przystają, a żona z pewną dozą nieśmiałości zagaduje: „My tak tylko jeździmy i jeździmy. I oglądamy te wszystkie pomniki i cuda niewidy już od miesiąca, ale gonimy tak strasznie, że prawdziwej Ameryki poznać nam nie sposób. Proszę nam powiedzieć, jak wygląda życie tutaj?  Na co ludzi stać za średnią pensję? Jak się im żyje? Jacy są Amerykanie?”   Wzruszam ramionami, ale w duchu cieszę się bardzo, uświadamiając sobie, że zarówno praca na amerykańskim wygwizdowie, obserwacje zachowań miejscowych, jak i błądzenie po różnych dziwnych miejscach, mają swój własny – bezcenny – wymiar. I że nie wszystko jednak można kupić. Nawet, jeśli  za miesiąc podróży zapłaciło się 30 tysięcy złotych od pary!

Zerkam z oddali na tył miniętej bez cienia zachwytu Lady Liberty i po raz kolejny zaczynam zastanawiać się nad fenomenem autopromocji Ameryki. Co, jak co, ale reklamować ten kraj potrafi się perfekcyjnie!

O ścieżkach… różnego typu

•27 Wrzesień, 2007 • Dodaj komentarz

Wall Street nocą całkiem pusta!Spacerujac po wyludnionym, niemalze calkowicie pustym o 2-giej w nocy Wall Street, towarzyszy mi uczucie, jak gdyby wszyscy znikneli za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki, a na swiecie pozostal jeden tylko osobnik. Swoja droga to niesamowite, byc w Nowym Jorku, na Manhattanie i doswiadczac podobnego odczucia… Spacerujac miedzy budynkami, trafiam w koncu na wielka dziure. Plac budowy, na ktorym jeszcze niespelna szesc lat temu staly dwa najwyzsze budynki w Ameryce. Miejsce jest dobrze oswietlone i choc dostepu na calej szerokosci broni wysoki plot, wspinajac sie na szczyt schodow jednego z pobliskich budynkow moge spokojnie dostrzec stojace tam maszyny budowlane. Na jednym z rogow placu ustawiono tablice pamiatkowe. Nie wygladaja zbyt okazale. Kawalki dykty z wydrukowanymi nan obrazkami – cos jak przenosne galerie, ktore czesto mozna spotkac na ulicach Poznania, czy Krakowa. Mysle sobie, ze jak na miejsce, w ktorym zginelo 3000 ludzi i ktore stanowi obecnie najwazniejszy pomnik narodowy tego kraju, to calkowita porazka. Az tu nagle – olsnienie! Przeciez z placyku w dol prowadza schody. Napis nad wejsciem wskazuje „World Trade Station. Path” Path – sciezka! A wiec jednak wymyslili cos, co godnie uczci pamiec poleglych. Schodze po schodach, zerkajac po drodze na tablice informacyjna. Jest srodek nocy. Nie spie od 18 godzin, wiec nie czytam dokladnie informacji, kierujac sie po prostu rysunkami. Z tych zas wnioskuje, ze sciezka upamietniajaca zamach na WTC prowadzi metrem do specjalnej stacji. Sciany wewnetrznego korytarza pokryte sa czarno-bialymi fotografiami wiez, co delikatnie wprowadza mnie w klimat. Na koncu korytarza hala. Tutaj dowiaduje sie, ze aby wstapic na „sciezke”, trzeba wykupic dodatkowy bilet. Faktycznie. Moj „Unlimited” niestety w tym przypadku okazuje sie „Limited”. Nic to – mysle, choc jestem leciutko zdegustowany, ze Amerykanie znowu wyczaili biznes. 1,50 $ to jednak nie fortuna. Kupuje bilet i wsuwam do automatu. Ten go polyka i juz nie oddaje. „Hej no, jak to tak? A co na pamiatke?” Myslac, ze moze cos poszlo nie tak, informuje policjantow stojacych na peronie, ze za bilet zaplacilem, ale go nie mam. „OK, OK, No problem” – odpowiadaja. Kolejka metra wyglada calkiem normalnie, chociaz rozni sie paroma szczegolami od tej, ktora jezdzilem do tej pory. Ruszamy! Droga zaczyna sie od przejazdu przez sam srodek placu budowy. Przez samiutenki srodek bylego WTC. Pstrykam kilka zdjec na dobry poczatek. Ja sam. Nikt inny tego nie robi.Patrze na ludzi. Troche sie ich uzbieralo… ale… hmm. Zachowuja sie dosc dziwnie. Raz, ze nie widac a ich twarzach zbyt wielkiego zaciekawienia. Dwa, ze nie widac wsrod nich zbyt wielu skosnookich. Trzy – jezeli juz tacy sa, nie maja wyciagnietych aparatow. Cztery – Ludzie w ogole ze soba nie rozmawiaja. Siedza na swoich krzeselkach z oczami wlepionymi w podloge, albo sciane na przeciwko… I tak trwaja. Ale za nic w swiecie nie wyglada to na skupienie nad ofiarami, nad budynkami, nad tragedia narodu. Sprawia to raczej wrazenie znudzenia i oczekiwania na mozliwosc udania sie wreszcie do lozka. Kolejka staje. Szykuje sie do wysiadki, ale widze, ze tylko czesc ludzi opuszcza pociag. Szybko dedukuje, ze pewnie znudzona czesc mieszka po drodze, zas ci bardziej rozentuzjazmowani (ktorych swoja droga, w dalszym ciagu trudno wypatrzyc) jada dalej, do naszego wspolnego celu. Ale oto nastepuje kolejny przystanek. I jeszcze jeden. I za kazdym razem ubywa po trochu naszych „zwiedzajacych”. Wstaje z miejsca i poruszam sie po wagonie w poszukiwaniu jakiejs informacji, mapy, tudziez czegokolwiek, co wyjasni mi zaistnialy fenomen. I w koncu znajduje! Okazuje sie, ze… „Path” to nie zadna sciezka pamieci, a nazwa linii metra komunikujacej Nowy Jork i New Jersey. A my wlasnie wyladowalismy w tym drugim. Aaaaghhh!

Wnioski sa dwa: 1. Zawsze dokladnie czytac wszystkie informacje. Jesli takowych nie ma, szukac. Jesli sie nie znajdzie, oznacza to, ze cos jest nie tak i lepiej sie w to w ogole nie pakowac. (Madry Polak po szkodzie, ale co robic. No nie pomyslalem. Nie pomyslalem :P) 2. Rzad tego zacnego kraju ma gleboko w tyle swoich bylych obywateli, skoro nie tylko nie urzadzil im do tej pory jakiegos porzadnego „pochowku” w tym miejscu, ale na dodatek w dalszym ciagu pozwala na rozjezdzanie cmentarzyska.

Skoro juz jestem w New Jersey, decyduje sie wyjsc na powierzechnie i troche rozejrzec. Jednakze wszyscy wspolpasazerowie rozplywaja sie w mgnieniu oka, a szybki rekonesans wskazuje mi na to, ze nie jest to najlepsza dzielnica. Szukam mapy. Tym razem studiuje ja dokladnie. Domy, ulice, bloki, magazyny… Zadnych sklepow, zadnych parkow, zadnych sladow swiadczacych o tym, ze cokolwiek interesujacego mogloby mnie tu spotkac. Uznaje wiec, ze jak na jeden dzien (jedna noc) wystarczy juz glupot. Tymbardziej, ze moj bilet na nowojorski subway wazny jest jedynie do 3-ej. Kupuje powrotny na – ekhm – „Path” i pol godziny pozniej ruszam z powrotem.

Swit nadchodzi niebawem. Tym razem sprawe noclegu postanawiam zalatwic szybko. Juz po 6 witam w znanym sobie hostelu, by zapytac o inne mozliwosci spedzenia nocy w okolicy. Co ciekawe, nie jest ich wcale tak malo. Najtanszy na liscie jest „Jazz in The Park”. Przynajmniej nazwe ma ciekawa, wiec moze i z reszta nie bedzie tak zle. To ledwie kilka przecznic, wiec do hostelu dochodze na piechote. W recepcji wita mnie Carlos. Chlopak nie wyglada najlepiej. Bledny wzrok moglbym jeszcze zrzucic na godzine. Komu w koncu chcialoby sie pracowac o 6 nad ranem? Nieustanne pociaganie nosem w pewien charakterystyczny sposob zwiastuje mi jednak, ze oczy Carlosa nie wygladaja tak jedynie z niewyspania, i ze nie tyle ma katar, ile jego najlepsza przyjaciolka nosi imie Koka. Mowi, ze maja miejsca, ale nie moze zrobic rezerwacji. Mam sie zglosic o 15. Kto pierwszy, ten lepszy. Pytam, czy gdybym zaplacil juz teraz, moglby zagwarantowac mi lozko w dormitory? Mysli, mysli… w koncu sie zgadza. Place 26 dolcow, w cenie mam zagwarantowane sniadanie. Jestem naprawde zadowolony, choc za potwierdzenie majac jedynie dokument stwierdzajacy rezerwacje (a nie zaplate), przez caly dzien bede pozniej zastanawial sie, czy przypadkiem kolega po fachu nie zdecydowal sie przywlaszczyc moich pieniedzy. Na razie co innego zajmuje me mysli. Ruszam na miasto. Ogladam kawalek polnocno-zachodniego Brooklynu. Miejsce robi mniej, niz srednie wrazenie. Nie zabawiam tu wiec zbyt dlugo, tym bardziej, ze kilka dni wczesniej wpadlem na pomysl zgromadzenia kilku osob, ktore mialem okazje poznac podczas podrozy do Stanow i wspolnego pozwiedzania paru punktow miasta. Wiekszosc niestety nie mogla sie pojawic. Umawiam sie wiec jedynie z Iwona, ktora towarzyszyla mi podczas szukania Penn Station zaraz po przylocie i jej slowacka kolezanka. Po drodze, wysiadlszy z metra, mam okazje zwiedzic srodkowa czesc Central Parku. Miejsce rzeczywiscie ladne. Urozmaicona kreacja terenu sprawia, ze w parku znajduje sie wiele zaulkow i zakamarkow, ktore niewatpliwie pozwalaja na odkrywanie go na nowo przez dlugi czas. Ja niestety zbyt duzo poswiecic na to nie moge. Jeszcze w przed opuszczeniem terenu parku napotykam dziewczyny. Zdecydowalismy isc razem do Metropolitan Museum of Art. Sugerowana cena wstepu: 11 dolarow. Hm, troche duzo. Pytam w glownym hallu, czy moge Sliczna dupcia jednego z eksponatow ;)zaplacic mniej. „Oczywiscie, tak.” Wyciagam wiec 3 dolary, robiac przy tym mine sugerujaca, ze w gruncie rzeczy chcialbym zaplacic i 100, ale wlasnie niefortunym zbiegiem okolicznosci moj portfel zostal w domu. Kolezanki min nie robia. Wchodza, bez pytania placac pelna kwote. Muzeum jest ogromne. Ulokowane na kilku pietrach (w sumie na trzech? czterech?), ale przede wszystkim niezwykle szerokie, przez co stracenie orientacji jest tu mozliwe nawet predzej, niz na miescie. No i po tym, jak poczatkowo trzymamy sie razem, przychodzi chwila rozluznienia i… gubimy sie. Najpierw Iwona, jakies 15 minut pozniej Petra. Komorka padla mi poprzedniej nocy, a ladowarki na podroz do NYC nie spakowalem. Szukam dziewczyn przez pol godziny, ale ostatecznie daje spokoj liczac, ze odnajdziemy sie podczas dalszego zwiedzania. Muzeum wciaga mnie na dobre trzy godziny. Tyle czasu na obejscie takiego molocha to zreszta absolutne minimum. Nieslychane bogactwa zebrane z calego swiata ciesza oczy, a zwiedzanie hali poswieconej Egiptowi, wypelnionej zrekonstruowanym grobowcem, murami i sadzawkami imitujacymi prawdziwe krolestwo z nad Nilu, jest juz czysta poezja.

Nie odnajdujemy sie. Ruszam wiec sam wzdloz wschodniej krawedzi parku, majac okazje doswiadczyc widoku Zoo i alei wypelnionej wszelkiej masci artystami; grajkami, rysownikami, ale tez i – tradycyjnie juz – zwyklymi zebrakami. Po raz kolejny kierujac sie w kierunku Times Square (Ponoc w NY wszystkie drogi tam prowadza… choc zwazywszy na siatkowy uklad ulic teoria ta wydaje mi sie co najmniej nielogiczna), zahaczam o kilka sklepow. I choc duzo czasu spedzam ogladajac zabawki dla bogatych dzieciakow u Disney’a, prawdziwa gratka okazuje sie byc oficjalny sklep NBA. Jedyny taki na swiecie! Jako, ze jeszcze pare lat temu koszykowka spod znaku NBA byla moja wielka pasja, wizyta w nim jest dla mnie niczym zwiedzanie kolejnego muzeum. Trzy pietra poswiecone tylko jednemu. Na polkach kazdy mozliwy element odziezy, a na scianach powywieszane zdjecia i obrazy, w wiekszosci sygnowane autografem najwiekszych gwiazd ligi. To, co w tej kwestii widzialem w sklepie w Providence, tutaj znajduje swoje lustrzane odbicie. Tyle tylko, ze powiekszone dobre kilkadziesiat razy. Mysl o kupnie koszulki, ktora na moment zrodzila sie w mej glowie, znajduje szybki final. Ceny sa zaporowe. Za model z nazwiskiem – dajmy na to – LeBrona Jamesa: 120 dolcow! Na jednej ze scian – odbicia dloni najwiekszych graczy. Przymierzam swoja. Powiedzmy, ze jest wielkosci dloni Steve’a Nasha. W sladzie zostawionym przez Shaquille’a O’Neala zwyczajnie sie topi. Jego reka musi byc monstrualna! No, ale zwazywszy, ze to jedyny czlowiek w ostatnim 20-leciu ligi, ktoremu zdarzylo sie lamac konstrukcje koszy, nie ma sie co dziwic. Wsiadam w metro i jade na Greenpoint. Nie moglbym, majac okazje przebywania w Nowym Jorku, darowac sobie obejrzenia „najslawniejszej” polskiej dzielnicy na obczyznie. Droga nie jest zbyt latwa. Prowadzi najpierw na Queens, a pozniej jedna z mniej popularnych linii na Brooklyn. Wysiadam na stacji i od razu rozpoznaje Polakow. Oj, typowy ten nasz wyglad, typowy. Blada cera, oczy podbite, zarost dniowy-wielo. Zagaduje pierwszego goscia pasujacego do charakterystyki: „Do you speak polish?” – „Ja, ja spik polisz” – odpowiada. Ale fajnie:) Na powierzchni cala Washington Avenue spik polisz. Kobiety spik polisz do swoich dzieci, dziadkowie spik polisz miedzy soba… Witryny sklepowe spik polisz (chociaz tylko w polowie, bo czesc napisow zawsze jest po angielsku), a jak mam okazje doswiadczyc niedlugo pozniej, poustawiane w sklepach towary w duzej mierze rowniez spik polisz. Taki Kubus owocowy, albo Ogorki konserwowe, dla przykladu. Miejsce nie wyglada wspaniale. Niska, jednolita zabudowa, dosc odrapane mury i niezbyt czyste ulice. Nie jest jednak az tak tragicznie, jak sobie wyobrazalem i jak przedstawiali to wczesniej ci, ktorzy mieli te wspaniala okazje Zielony Punkt zaliczyc. Kupuje co nieco znajomego w sklepie i jako, ze zaczyna sie juz sciemniac, ruszam na Manhattan celem obejrzenia miasta z wysokosci.Z dwoch opcji – Empire State Building i Rockefeller Center, bez wahania wybieram to pierwsze. Cena porownywala, a po upadku WTC to przeciez Empire State dzierzy miano najwyzszego budynku w miescie. Bladze troche w poszukiwaniu budowli, bo moja mapa, jako ze darmowa, nie obejmuje takich zbytkow, jak ulokowanie najwazniejszych budynkow. Nie wiem, do ktorej godziny wpuszczaja na gore, wiec wprowadza to drobny element nerwowosci. W koncu jednak docieram… Kontrola bagazu podobna, jak na lotnisku. Sprawdzaja wszystko dokladnie. Maja problem z jakims przedmiotem. Nie moge wjechac, musze czekac. Nie mam pojecia co to… W koncu dedukuje, ze najprawdopodobniej chodzi o dezodorant. Rozumiem, ze mozna wnosic takowego do samolotu, ale – halo, halo, kontrola lotow – ja ze szczytu ESB wcale nie zamierzam nigdzie startowac. W koncu machaja reka i wpuszczaja mnie. Trzy kontrole biletow pozniej wjezdzamy winda na gore. Najpierw, niezwykle szybko na 80 pietro, a po przesiadce, kolejne szesc pieter w gore. Na tarasie nie jest zimno. Wrecz przeciwnie. Cieplo, ale przyjemnie. Bezzapachowo, ze tak sie wyraze. Mozna tu przebywac az do 1-ej, kiedy to zamykaja dostep, wiec obserwuje miasto ze spokojem. Widok jest rzecz jasna przedni. Moze nie zapiera tchu w piersiach i zawrotow glowy, jakbym oczekiwal, ale z pewnoscia robi wrazenie. Zabawa w odnajdywanie miejsc pomaga mi zlokalizowac kilka znanych punktow. Rockefeller, wyraznie nizszy od budynku, na szczycie ktorego stoje, odpada w przedbiegach. Obserwuje niebo i samoloty, ktorych na nim wiele. Na szczescie zaden nie kieruje sie w nasza strone. Dzien mozna zaliczyc do udanych.

Nie spiac od dokladnie 40-tu godzin, zaczynam myslec o tym, by powoli kierowac sie w strone hostelu. Subway dowozi mnie na 103 ulice. Miejsce przeznaczenia znajduje sie na 106, dodatkowo kilka przecznic bardziej na wschod. Wysiadam i ide… Mijam pierwsze, drugie skrzyzowanie… hm, cos tu nie gra. Wyparowal mianowicie hostel, ktory rankiem posluzyl mi za informacje. Nie ma tez sklepiku z jedzeniem na przeciwleglym rogu. Po drugiej stronie ulicy stoja male grupki czarnych gosci i urzadzaja impreze. Poza tym wszystko takie samo, ale… Patrze na mape. O kurde, to druga strona parku! Jak sie pozniej dowiaduje (i jak zreszta sam wnioskuje, widzac kolesi chodzacych sobie po srodku ulicy), niezbyt bezpieczna. Bialych tutaj w ogole nie widze. Z pewna doza niesmialosci – zeby nie powiedziec, ze strachu – pokonuje dystans trzech minietych do tej pory przecznic. Dwoch gosci, ktorzy jeszcze przed chwila stali na srodku ulicy, przechodzi obok, mijajac mnie. Na stacji oczekuje pociagu w podobnym towarzystwie. W koncu jednak dojezdzam bezpiecznie do Times Square, z ktorego biore juz prawidlowa kolejke. Jest pierwsza w nocy, kiedy docieram wreszcie do „Jazz in The Park”. W recepcji znowu zastaje Carlosa. Najwyrazniej zaczyna kolejna nocke. Z rezerwacja na szczescie wszystko gra, wiec bez zgrzytow ide do sypialni. Wszyscy spia. Tylko jeden Chinczyk burzy sie, ze budze go urojonym halasem w srodku nocy. Nie mam juz sily, by brac prysznic. Po dwoch niezwykle intensywnych dobach na nogach potrzeba skorzystania z takiego z pewnoscia jest juz ogromna, ale nie na tyle, bym poswiecal na to ostatki sil i tracił cenne minuty snu. Niemal po omacku znajduje wolne lozko na pietrze (Jedyne wolne lozko), zrzucam z siebie przepocone ciuchy i padam. Zasypiam niemal od razu.

CDN.

Miasto świeci, miasto śmieci

•26 Wrzesień, 2007 • Dodaj komentarz

Zwiedzanie zaczynam od pojechania w samo dniazdo os. Do Times Square dochodze powoli, od polnocnej strony. Inaczej, niz powoli zreszta sie nie da. 5th i 6th Avenue sa tu tak mocno zapchane, ze lawirowanie miedzy ludzmi i proby przyspieszania i tak na niewiele by sie zdaly. Serce Times Square, gdzie Broadway przecina na skos dwie ulice, a po polnocnej i poludniowej stronie widac blizniacze, niezwykle charakterystyczne budynki, robi wrazenie. I to nawet, jesli by sie tego nie chcialo. Owszem, jest to jeden wielki lunapark, gdzie miliony neonowych i zarowych swiatel i swiatelek reklamowych przerastaja forma (i iloscia) swoja tresc, ale kiedy pomysli sie o tym, ze NIE MA DRUGIEGO miejsca na Ziemi, przez ktore przewijaloby sie 26 milionow turystow rocznie i ktore z rownie duzym przeswiadczeniem moznaby nazwac pepkiem swiata, wtedy nietrudno o to, by przeszedl Cie dreszcz doswiadczenia czegos naprawde duzego. Wzdluz ulic zbiegajacych sie w tym miejscu ulokowane sa hotele, drogie restauracje, ale i sklepy z pamiatkami, na ktore przy lekkim zacisnieciu zebow pozwolic moglby sobie zwykly smiertelnik. Tyle tylko, ze suweniry sa strasznie bublowate. Koszulki z kiepskiego materialu, prujace sie czapeczki i plastikowe gadzety z wywolujacym leciutki usmiech politowania logo „I Love New York” wraz z takimi wynalazkami, jak dmuchana Statua Wolnosci, sniezna kula z czyms a’la beznadziejnie wykonany Manhattan w srodku, czy czekoladki „Nowojorki” to na pewno nie to, na co chcialbym wydac swoje pieniadze. Po okolicy krece sie jeszcze przez jakies pol godziny, wdychajac troche atmosfery tego miejsca (Choc generalnie „wdychac” cokolwiek w Big Apple jest trudno, przede wszystkim ze wzgledu na unoszacy sie w powietrzu zapach uryny), po czym wsiadajac w metro przemieszczam sie w nieco nizsze partie dzielnicy.

Ano wlasnie, metro. Nowojorski Subway to rzecz, ktorej z pewnoscia warto poswiecic sporo uwagi. Nie tylko dlatego, ze siec obejmujaca 34 linii i ciagnaca sie w sumie na dlugosci 1056 kilometrow jest zdecydowanie najwiekszą na swiecie. Przede wszystkim dlatego, ze jest to istny fenomen. Swoiste miasto w miescie, ktore ciagnie sie czestokroc na kilku poziomach pod poziomem ulicy, a towarzyszacej mu plataniny tuneli i tunelikow majacych ulatwiac pasazerom przedostawanie sie pomiedzy stacja, a roznymi punktami docelowymi nie sposob zliczyc. Jednoczesnie, nowojorskie metro jest miejscem niezwykle zaniedbanym. Brudnym, odrapanym i gorrracym jak afrykanskie slonce. Boze! Jak tam duszno, jak tam goraco! Ustawione z rzadka wentylatory na stojakach (takie, jak te, ktore znamy ze sklepow) maja za zadanie chyba jedynie „robic wrazenie”. W kazdym razie ich efektywnosc to zwykla kpina. Pol biedy w nocy, kiedy nadchodzi czas na robienie porzadku i ekipy sprzatajace polewaja wszystko zimna woda, na chwile obnizajac panujacy tu ukrop. Juz nad ranem, gdy w miescie panuja Rush Hours, na peronach klebi sie tlum oczekujacych, a rury i wszelkiej masci instalacje polozone pod miastem musza pracowac pelna para, przebywanie na stacji dla osob, ktore maja problemy z sercem, czy oddychaniem, moze skonczyc sie niezbyt ciekawie.
Nowojorczycy kochaja swoje miasto. I kochaja swoje metro. Niezrozumiale cokolwiek dla mnie, jak mozna darzyc jakimkolwiek pozytywnym uczuciem cos takiego, jak TO – szczegolnie, jesli sie jest Amerykaninem (a przypomnijmy, ze „My, Amerykanie, Mamy Wszystko Najlepsze!”), jednak nie ulega watpliwosci, ze tak wlasnie jest. Pierwszym na to dowodem przedmioty, ktore widzimy w sklepach. Gros pamiatek ilustrowana jest motywem miejskiej mapy Subwaya. Charakterystyczne czerwone, fioletowe czy zielone koleczka z wypisanym posrodku numerem linii, zdobia doslownie wszystko – od kubkow, parasolek i szmacianych toreb na zakupy poczawszy, na majtkach i skarpetach skonczywszy. Drugim dowodem – spotykani na stacjach szalency, ktorych gdzie, jak gdzie, ale w tym miescie nie brakuje. Chodza w te i wewte, spiewaja i wykrzykuja, jak to uwielbiaja City. Jak to uwielbiaja Subway. Jak to uwielbiaja Ameryke… A reszta nawet sie na nich nie patrzy. A jezeli juz, to tylko po to, by od czasu do czasu wyslac porozumiewawczy usmieszek mowiacy „Hej stary! Dobrze mowisz. Jeszcze rok w tym miejscu i bede sie zachowywal tak, jak Ty”

Trafiam na Soho. Dzielnica mody i smietanki towarzyskiej (przynajmniej do niedawna, bo pewnie gusta wyzszej partii Nowojorczykow zmieniaja sie na tyle czesto, by zmylic ciagnacy wszedzie, gdzie cos sie dzieje plebs) przynajmniej w partii ciagnacej sie wzdloz Broadway nie robi zbyt duzego wrazenia. Ot, ulica ze sklepami i butikami z odzieza. Jest prawie dziewiata wieczorem, wiec najbardziej luksusowe z nich zostaly juz zamkniete. Wchodze jednak do kilku z kolei, by poogladac… Moze wypatrzyc cos ciekawego. W jednym ze sklepow wpada mi w oko pewna sukienka (zeby nie bylo watpliwosci, w zalozeniu nie dla mnie:) Pytam o nia, a sprzedawczyni przechodzac od standardowego „How are You” dochodzi do pytania skad jestem. „Z Polski”. – „No, ja tez”. Nie dosc, ze z Polski, to jeszcze z Katowic. Kolezanka mieszka jednak w Nowym Jorku juz od kilku lat i w jej mowie co chwile przewijaja sie anglojezyczne zwroty. Brzmi dosc zabawnie, ale… coz, moze tak juz musi byc? Po trzech miesiacach przebywania w tym kraju i uzywania niemal wylacznie angielskiego (albo, jak kto woli: „angielskawego”), zaczynam zdawac sobie sprawe z faktu, jak latwo nabyc pewnych nawykow jezykowych. Nawet, jezeli dosc smieszne wydawac moga sie one w uszach rodakow przebywajacych nad Wisla. Dziewczyna, nawet jesli juz czesciowo wchlonieta przez miejscowa kulture, nie zatracila jeszcze poczucia solidarnosci z rodakiem, dzieki czemu poswiecajac mi nieco czasu i cierpliwie znoszac watpliwosci, pomaga w podjeciu satysfakcjonujacej decyzji:)

Bo, widzicie, jesli juz o uprzejmosciach mowimy, miejscowi nie naleza do najmilszych osob na swiecie. Oj, co to, to nie. Nie lubie pytac o droge ludzi spotykanych na ulicy, liczac raczej na wlasne umiejetnosci odnalezienia sie w terenie. Kiedy mimo posiadania mapy, zawodzi cie oznakowanie okolicy, a w dodatku masz juz dobrych „pare” kilometrow w nogach, ochota do wykazywania sie przed samym soba, ze WIEKSZOSC prob odgadniecia drogi bedzie rzeczywiscie udana, jakos tak sama, naturalnie przechodzi. I wtedy pytasz… Kiedy pierwsza zagadnieta osoba przechodzi obok ciebie bez slowa, zdajac sie nawet nie zauwazac twojej obecnosci, mowisz, ze to przypadek. Kiedy jednak spotykasz sie z taka reakcja kilka razy, a pozostale ograniczaja sie do rzuconego w biegu stwierdzenia „I don’t know”, dochodzisz do wniosku, ze chyba jednak ci nowojorczycy zbyt przyjaznie nastawieni nie sa. Niestety, ale do kompletu dochodza jeszcze przypadki, gdy ktos zatrzyma sie na Twoja prosbe, odpowie i wskaze droge, ktora w konsekwencji okaze sie prowadzic niemal dokladnie w przeciwnym kierunku. I dobrze w calej tej – stanowiacej, jakby nie bylo, najbardziej wyrazista wizytowke mieszkancow – niezbyt milej sytuacji, ze chociaz na darmowej, rozdawanej w metrze mapie mozesz polegac w dosc duzym stopniu. Gdyby nie to, prawdopodobnie nigdy nie dotarlbym w co poniektore miejsca Manhattanu.

Nagly wzrost ludzi o azjatyckich rysach twarzy, niezrozumiale krzaczki sygnujace wejscie do restauracji, czy sklepu i ogolnie zmieniajacy sie – czesto w dosc subtelnie uchwytny sposob – klimat sasiedztwa, zwiastuja ze oto dotarlismy do Chinatown. W przeciwienstwie do tego, czego przyszlo mi doswiadczyc w Bostonie, nowojorska dzielnica Azjatow jest naprawde rozlegla, swymi odnogami wcinajac sie czestokroc gleboko w inne partie gornej czesci miasta. Jest tez brudniejsza i, ze tak sie wyraze – obskurniejsza, ale zwazywszy na generalna roznice pomiedzy stolica stanu Massachusetts, a NYC, to akurat stanowi naturalna konsekwencje. Majac juz dosc jedzenia z McDonalda, do ktorego podczas tego wyjazdu jestem zmuszony zagladac po wielokroc (wiadomo, na gornym Manhattanie nie ma normalnych sieci sklepow spozywczych), kusze sie na panierowane, ostre kawalki kurczaka. Troche ponad 3 dolary, a cholerstwo smakuje naprawde niezle, dodajac mi niezbednej energii i sprawiajac, ze nabieram ochoty do odkrywania kolejnych zaulkow. Choc czy to kurczak, czy nie kurczak, po tajnych chinskich zabiegach nie odgadlby pewnie nawet najbardziej wrazliwy jezyk… Chinatown graniczy bezposrednio z Little Italy. Dzielnica Wlochow, choc objetosciowo wyczuwalnie mniejsza, niz poprzednia, jest za to co najmniej dwa razy czystsza. Wkomponowane w surowa, nowojorska architekture balkoniki porosniete gronem, roznokolorowe okiennice, a przede wszystkim – wielosc typowych dla Italii restauracji z kelnerami natarczywie zapraszajacymi wszystkich do srodka, rzeczywiscie przypomina wystroj ich rodzimego kraju. Tutaj jednak juz nic nie kupuje, uznajac budzet przeznaczony na dzisiejszy wieczor za wyczerpany.

Drogi, ktorymi pozwalam sie prowadzic miastu, doprowadzaja mnie na nabrzeze. W oddali widac mosty. Manhattanski i Brooklynski. Obydwa, choc daleko, robia spore wrazenie. Uznaje, ze musze do nich dojsc. W miare uplywu czasu i zmniejszania dystansu, architektura stalowych kolosow laczacych dwie dzielnice wzbudza coraz to wiekszy podziw. To prawdziwe perly! I w przeciwienstwie do wszystkich pieknych, acz kruchych wiezowcow (a propos, mija wlasnie 6-ta rocznica rozkruszenia dwoch z nich), to giganty, ktore stoja niewzruszenie juz od ponad 100 lat, zachwycajac nieustannie swa surowa potega. Z pomiedzy mostow rozciaga sie widok na Brooklyn. Nad brzegiem niewielu ludzi, wiec zglebianiu tych akurat widokow nie przeszkadza nikt. I dobrze. Dzieki temu zapadna naprawde gleboko w mej pamieci. Sa tego warte, jak niewiele rzeczy, ktorych do tej pory doswiadczylem za oceanem.

Na czarne worki z ukrytymi w srodku smieciami zwrocilem uwage juz podczas pierwszego epizodu z miastem, w czerwcu. Trudno zreszta tego nie uczynic. Smieci sa tutaj wszechobecne. I nie jest to stwierdzenie, w ktorym nalezaloby dopatrywac sie jakiegokolwiek cienia przesady. Eksplorujac Nowy Jork musisz liczyc sie z tym, ze klebiace sie, poupychane jeden na drugim worki, beda Ci towarzyszyly na kazdym kroku. Przystaje na Wall Street, gdzie przed frontem jednego z hoteli usypano wielka gorke odpadkow. Przejezdza samochod, z ktorego wydobywa sie smiech. Kobieta, wolajac cos glosno, zdaje sie potwierdzac, ze fotografowanie akurat tych „atrakcji” jest wyborem trafnym. Rzecz nie w tym, bym poczuwal sie do misji przekazania swiatu „jak to jest naprawde”, ale jednak wiedziec warto, ze Wielkie Jablko z pocztowek, zdjec i filmow to jedynie w cudowny sposob kultywowany mit. Bajka.
Blizszym prawdy byloby chyba stwierdzenie, ze mamy tu do czynienia z Wielkim Gnijacym Jablkiem.

CDN.

Zmierzajac do dzungli

•9 Wrzesień, 2007 • Dodaj komentarz

Wreszcie nadchodzi 4 wrzesnia. Dzien, na ktory czekalem  od dawna, odliczajac do niego dni z utesknieniem  ustepujacym jedynie dacie powrotu do domu. Na 4 wrzesnia wyznaczylem sobie termin wyruszenia w kilkudniowa podroz, majaca przyblizyc mi realia amerykanskich miast. Wielkich miast wschodniego wybrzeza. Za cel podrozy obieram Nowy Jork, Filadelfie i Waszyngton. Wszystko wydaje sie dopiete na ostatni guzik. Mapy wydrukowane, jedzenie kupione, walizka spakowana… Zdajac sobie sprawe, ze kolejna okazja nadarzy sie niepredko, w szalonym pedzie biore prysznic. 10 minut pozniej siedze juz w samochodzie Rosy, ktora podrzuca mnie do wypozyczalni. „Jaki masz plan, Chris?” – pyta. Odpowiadam wiec, ze w dzien planuje zwiedzanie, na noc zas bede wracal do samochodu zaparkowanego na przedmiesciach. Pierwsze dwa dni NYC, pozniej po jednym w stolicy i Philly. Rosa dziwi sie, ze nie boje sie spac w samochodzie. Zdajac sobie sprawe, ze kiedy cos postanowie, nie mozna przekonac mnie do swych racji w dziesiec minut, szybko daje spokoj probom sklonienia mnie do wynajecia pokojow. Podjezdzajac pod salon Thrifty, widze juz przygotowanego dla mnie, niebieskiego PT Cruisera. Wyglada swietnie. Wchodzimy do serwisu. Podaje dane, na ktore wystawiono rezerwacje… „To niewlasciwa karta. Prosze o inna” – slysze. Glos dociera do mnie z oddali, niczym z innego swiata, ale juz wtedy zdaje sobie sprawe, ze taka kwestia oznacza jedno: klopoty. „Nie mam innej karty” – mowie. „Samochody wynajmujemy tylko na karte kredytowa. Debetowa nie wystarczy”. Tlumacze, wspinajac sie na wyzyny mej cierpliwosci, ze MUSZA wynajac mi ten samochod, poniewaz kobieta, ktora przyjmowala rezerwacje ponad dwa tygodnie temu stwierdzila, ze karta debetowa jest absolutnie wystarczajaca ku temu podstawa. Powtarzam to kilkukrotnie. Kobieta trzesie sie za lada, cos burczy pod nosem, sprawdza… Po chwili idzie na tyl salonu, zapytac, co zrobic z tym fantem. Wraca i przepraszajac mowi, ze nic zrobic w tej kwestii nie moze. No, chyba, ze ktos inny zaplaci swoja karta, a mnie wpisze jako jednego z kierowcow. Rosa, jak to Rosa – od razu asekuruje sie brakiem karty. Michele po prostu nie chce prosic. Mam ochote zatluc wszystkich wokolo. Mowie pare malo milych slow, kaze wykreslic moje dane i podminowany wychodze. Zamiast siedziec w samochodzie, rozwijajac predkosc 100 mil/h po autostradzie i sluchajac w radio ulubionej muzyki, znajduje sie ponownie w pieprzonym punkcie zero.

Otepienie nie trwa dlugo. Zbyt duzo przygotowan i zbyt duzo poswieconego czasu, bym mogl sobie na to pozwolic. W Internecie znajduje dogodne polaczenie do Nowego Jorku. Przez New Haven. Robie szybki „repacking”, zostawiajac w kampingu dobre 80% rzeczy, z wykupionym dzien wczesniej jedzeniem na czele i z zaledwie jednym malym plecaczkiem biegne do Michele. Ta podwozi mnie na dworzec. Tradycyjnie juz, w biegu kupuje bilet i wskakuje do pociagu. Amtrak. Znowu Amtrak…

Do New Haven przybywam kolo 12-tej. Planuje poswiecic 2 godziny na zwiedzenie miasta przed ruszeniem do NYC. Szybkie rozejrzenie za mapa uswiadamia mi, ze jedynym miejscem godnym zobaczenia jest tutaj teren Yale; jednego z najbardziej znanych uniwersytetow Ameryki. No i rzeczywiscie, teoria znajduje potwierdzenie w praktyce, bo teren kampusu obchodzi sie dosc przyjemnie. Zanim tam jednak trafiam, mam „okazje” pozwiedzac podziemia miasta. Do korytarza niekonczacych sie tuneli prowadzacych do ulokowanych tu magazynow trafiam przypadkiem, kuszac sie na „skrot”. Ciasne uliczki, neonowe, lekko przygasajace swiatlo i odglos silnikow pracujacych wokolo maszyn przywodza na mysl cyberpunkowy klimat rodem z „Blade Runnera”. Zdajac sobie sprawe, ze dalsza eksploracja labiryntu moze doprowadzic mnie do niezbyt ciekawych miejsc, a odnalezienie drogi powrotnej okazac sie zadaniem trudnym, odpuszczam i wracam na powierzchnie. Przecinajac downtown docieram na tereny Yale. Szczegolnie wizyta w drugiej w USA pod wzgledem wielkosci zbiorow bibliotece jest czysta przyjemnoscia. Miliony ksiazek, czasopism i zbiorow audiowizualnych zgromadzone sa w kilkunastu wielkich salach i pewno ze trzy razy tylu mniejszych pokojach. Cicho, czysto, przyjemnie… Az zamarza mi sie miec cos takiego w Polsce. Poza kampusem miasto wyglada dosc obskurnie. Downtown to kilka ulic ze sklepami na krzyz, zas poludniowe przedmiescie nie przykuwa uwagi kompletnie niczym oprocz tego, ze znajduje sie w wiecznym remoncie. Duzy odsetek czarnych wskazuje niestety na to, ze nie jest to zbyt bezpieczne miejsce.

„Metro” to nazwa kolejki kursujacej pomiedzy Nowym Jorkiem, a okolicznymi miastami. Glos dobiegajacy z glosnika informuje: „Drodzy Panstwo. To nie jest Amtrak. Tutaj siec Metro. Badzcie pewni, ze weszliscie do prawidlowego pociagu”. Szczerze powiedziawszy, wydaje mi sie, ze trzeba by byc slepym, by nie zauwazyc roznicy. Ile zlego nie powiedziecby o Amtraku, w porownaniu z siecia lokalna to prawdziwy Mercedes klasy „S”. NYC wita mnie na Grand Central Station. Najwiekszy i chyba najbardziej znany dworzec kolejowy swiata jest rzeczywiscie dosc duzy i rzeczywiscie dosc ladny, choc zdajac sobie sprawe, ze miasto oferuje pewnie wiecej atrakcji, dosc szybko decyduje sie go opuscic. Pierwsza rzecza, ktora czynie po kupnie calodziennego biletu na subway (7 dolcow; nawet taniej niz w Bostonie) jest ruszenie w gore miasta. Choc mam ochote na cos innego, wiem, ze nie moge zaczac swojej wizyty od Manhattanu, bo ten zbyt mocno wciagnalby mnie w swe sidla. Liczac na zarezerwowanie taniego noclegu w hostelu, wysiadam wiec w okolicach polowy Central Parku i lawirujac pomiedzy Broadway i Amsterdam Avenue, przygladam sie polnocno – zachodniej czesci City. Choc dosc wysokie budynki i proeuropejska architektura kosciolkow ulokowanych pomiedzy kolejnymi przecznicami robia pozytywne wrazenie, to jednak wystarczy opuscic nieco glowe, by po ludziach stwierdzic, ze dzielnica jest srednio zamozna. Rzecz poglebia sie doslownie z kazda przecznica i o ile w okolicach 70-tej ulicy mozna jeszcze zobaczyc wielu turystow, o tyle juz na poziomie 100-nej nie ma ich w ogole. Na chodniku rozbite sa stragany z warzywami, majace stanowic swoiste przedluzenie sklepow, na kraweznikach przysiaduja czarni mieszkancy, a senna atmosfera, ktora tu panuje, przypomina raczej male prowincjonalne miasteczko, niz przodujacego w swiecie molocha. Znajduje hostel. Maly tlumek klebiacy sie w srodku zwiastuje, ze miejsc nie pozostalo zbyt wiele. Pytam o cene, uprzedzony wizyta w Internecie, ze moze dochodzic do 30 dolarow za lozko w 12-osobowej Dormitory. „40 dolarow” – odpowiedz jest krotka, ale wielce dla mnie znaczaca. Dokladnie tyle, ze postanawiam darowac sobie spanie dzisiejszej nocy, a czas ten poswiecic na pobaraszkowanie po Manhattanie…

 CDN.

Bostonski wieczor

•2 Wrzesień, 2007 • 2 komentarzy

Kierujac sie powoli w kierunku Downtown, wchodze w jedna z bocznych ulic. Nie chce sprawdzac na mapie dokladnej lokalizacji. Wole zdac sie na los, ktory potrafi w takich przypadkach doprowadzac do niezwyklych odkryc. Jest w tym cos ekscytujacego. Czlowiek przez chwile chociaz moze poczuc sie nie jak turysta, lapczywie sciskajacy folder i biegajacy od jednej atrakcji do drugiej, ale niczym miejscowy, odkrywajacy cos nowego na dobrze znanych, starych „smieciach”. Tym razem po minieciu kilku mniej uczeszczanych przecznic, droga prowadzi mnie jednak do miejsca, ktore bliskie jest zarowno mieszkancom, jak i odwiedzajacym. Park miejski, w ktorym ucieczki od zgielku poszukac mozna w kryjacych sie wsrod zieleni uliczkach, lawkach, czy oczkach wodnych ozdabia spora czesc terenu nieopodal centrum. Wystepy ulicznych artystow i grajkow, gromadzace sie wokol nich tlumki ludzi i ogolna atmosfera zageszczenia swiadcza o tym, ze zblizamy sie do serca miasta. I rzeczywiscie. Wsrod wiezowce otaczajace Downtown Crossing wchodzi sie niepostrzezenie. Obierajac droge polecana na mapce, zaliczam po kolei kolejne atrakcje. Stary ratusz, zabytkowe kosciolki i kamienice z czerwonej cegly… Wszystko to w sposob naprawde godny podziwu komponuje sie ze wspolczesna architektura. Taki wlasnie bowiem jest Boston. Mieszanka staroangielskiego i nowoczesnego, amerykanskiego stylu stanowi nieodlaczny jego element. Jednym z zaplanowanych przeze mnie celow jest obejrzenie Fleet Center/ Banknorth Garden – areny koszykarskich zmagan bostonskich Celtow. Do budynku, w dolnej czesci ktorego miesci sie dworzec kolejowy, owszem, wchodze. Sama hala okazuje sie byc jednak niedostepna. Zamkniete niestety jest i muzeum, w ktorym obejrzec mozna z bliska najwieksze trofea bostonskiego sportu. Mowi sie trudno. Nie mozna miec wszystkiego. Wracam do centrum, przyjrzec sie poludniowej czesci srodmiescia, a nastepnie wskakuje w metro do Chinatown. Dzielnica zoltych braci nie jest zbyt rozlegla. To ledwie kilka przecznic. Sklepy i restauracje okraszone nieidentyfikowalnymi „krzaczkami”, neony rozswietlajace wieczorne juz niebo i zdecydowana przewaga azjatow na ulicach pozwalaja jednak poczuc dosc intensywnie klimat orientu.
Miasto po zapadnieciu ciemnosci pokazuje swoja druga, niezwykle efektowna twarz. Obchodzac je od wschodniej strony, trafiam nad zatoke. Rozswietlone wysokosciowce, swiatla ktorych odbija woda Inner Harbor, wygladaja fantastycznie. Pstrykajac kolejne fotki zatracam sie jednak na tyle, ze na stacje musze biegnac. Normalka.

Na dworcu, majac chwile czasu do przyjazdu pociagu, wcinam zestaw z McDonalda. Tak – „wcinam” to dosc adekwatne slowo. Z pewnoscia znalazloby akceptacje w grupce oczekujacych pasazerow, ktorzy z dosc nieporadnie skrywana ciekawoscia obserwuja moje poczynania. BigMac z frytkami znajduje schronienie w mym zoladku w mniej niz 4 minuty.

Dzien wizyty w jednym z najbardziej europejskich miast Ameryki dobiega konca niedlugo pozniej. Gdy tym razem dojezdzam do mojego miasteczka, na dworcu czeka juz umowiona za wczasu Michele. Fakt, ze nie musze powtarzac scenariusza z „Providence” i slimaczyc sie przez 3 lasy do motelu, przyjmuje z nieklamana ulga.

Kolejny przystanek: Boston

•29 Sierpień, 2007 • 1 komentarz

Dworzec w Westerly i moj pociag!Amtrak zaczyna miec we mnie stalego klienta. Nie to, zebym tak uwielbil amerykanskiego monopoliste. Rzecz w tym, ze z Westerly nie ma szans wyruszyc w szeroki swiat na sposob inny, niz pociagiem. Amerykanskie koleje, mimo, ze pozornie czyste, schludne i przytulne, nie robia na mnie zbyt dobrego wrazenia. I choc juz samo wspomnienie mej pierwszej nocy w Stanach oraz ceny biletow (ok. 30 dolcow za plus minus 120 kilometrowy odcinek!) moglyby byc wystarczajaca motywacja do zlozeczenia, to jednak powodow ku temu znajdzie sie wiecej. Siedzenia waskie i ciasne. Ludzi duzo. Toaleta nie dajaca przyrownac sie do tego, czego mozna doswiadczyc np. w Anglii. I nawet, jesli zaznanie spadajacej w trakcie jazdy klapy od sedesu wywolac moze w kims z Polski pelen nostalgii usmieszek, to jednak jest to reakcja krotkotrwala. Niedlugo potrzeba czekac, by ustapila miejsca poczuciu, ze ktos robi Cie „w konia”. I jedynie naprawde profesjonalna, mila i serdeczna obsluga ratuje dobry wizerunek firmy.

Tym razem wyruszam do Bostonu. Obejrzenie miasta jeszcze przed przylotem do Stanow postawilem sobie za jeden z podstawowych celow. I choc planowalem pojechac tam od dawna, jak to zwykle bywa, ostateczna decyzje podjac przyszlo mi… na jakies poltorej godziny przed faktem! 

Slaby ruch, malo pracy i perspektywa spedzenia dnia na „nicnierobieniu” wystarczaja za zachete. Siedzac w biurze przegladam siec w poszukiwaniu informacji na temat miasta. Korzystajac z nieobenosci Michele, sam sobie wydaje zezwolenie na skorzystanie z drukarki i przygotowanie dwoch mapek – samego Bostonu oraz oplatajacej go sieci metra.  Prace koncze o w pol do drugiej. Zmiana ciuchow, spakowanie aparatu i pieniedzy zajmuja mi ekspresowe 4 minuty. Na dworzec od razu podwozi mnie ojciec Marka. W biegu kupuje bilet i chwile pozniej siedze juz w srodku. Lapiac jeszcze oddech, ogladam dzikie lasy polnocnego Rhode Island.

Kiedy wysiadam na Boston South Station, do odjazdu ostatniego dzis pociagu powrotnego mam dokladnie 6 godzin i 36 minut. Zdajac sobie sprawe – przynajmniej teoretycznie – z ogromu miasta, od razu biore sie w garsc. Nie tracac czasu podbiegam do automatu z biletami na Subway i kupuje „Unlimited”. Kilkanascie minut pozniej ogladam przez okno kolejki panorame miasta, samemu kierujac sie na Cambridge. Pierwszy przystanek: Harvard!

Cambridge jest dosc milym miejscem. Zielono, kolorowo… Duzo turystow wokolo. Pierwsze, co rzuca sie oczy, to mnogosc budynkow z czerwonej cegly. Solidnych, mocnych i jednoczesnie trafiajacych w moj gust architektoniczny. Klimat zdecydowanie bardziej angielski, niz amerykanski. Studentow wita czarna, metalowa brama, za ktora kryje sie teren uniwersytetu. Ten, choc rozlegly na kilka przecznic, sprawia jednak wrazenie dosc malego. Moze to za sprawa dosc ciasno usytuowanych budynkow, a moze z racji bliskosci reszty miasta, ktore wylania sie zza kazdego kawalka plotu… Nie wykluczam tez opcji, ze to moje wybujale wyobrazenie fizycznej wielkosci TAKIEGO Uniwersytetu, jak Harvard, przeroslo troche realia. Faktem jednak jest, ze brakuje tu chociazby wiekszej ilosci trawniczkow, skwerkow, drzewek pod ktorymi mozna przysiasc z ksiazkami i tym podobnych – racje bytu czerpiacych juz przeciez nie z moich fanaberii, ale typowego dla amerykanskich szkol wystroju terenu.

Wskakuje do metra i ruszam… Wysiadam na kolejnym przystanku, by przyjrzec sie, co tez kryje sie za plecami slawnego Cambridge.  Zdumiony odkrywam, ze jest rownie ladnie. Glowna ulica dzielnicy prowadzi wzdluz stylowych budynkow miejskich, przeplatanych nowoczesniejsza   architektura, kierujac nas albo na kolejna slynna uczelnie – MIT (Jedna z czolowych szkol technicznych na swiecie), albo dalej w kierunku centrum. By nie obudzic sie piec minut przed powrotem ze swiadomoscia, ze w calym miejskim bogactwie uchwycilem tylko centra nauki, wybieram drugie z rozwiazan. Ide pieszo, nie chcac tracic nic interesujacego po drodze. Wybor przypadkowy, ale bardzo trafny. Pozwala mi z bliska doswiadczyc widoku nabrzeza, urokliwie roztaczajacego sie z Longfellow Bridge. Tutaj dopiero – patrzac w dal to jednej, to drugiej strony mostu  nad Charles River – mozna poczuc, z jakim molochem ma sie do czynienia. Bo stwierdzic trzeba, ze choc Boston jest miastem bardzo duzym (Do liczby 600’000 mieszkancow doliczmy ponad 4 milionowa aglomeracje), Podazajac w strone downtownto jednak nie przytlacza swoja wielkoscia. Roznorodna architektura, sporo zakamarkow o odmiennym wzgledem siebie charakterze, zielen i woda okalajaca poszczegolne partie miasta wzbudzaja ciekawosc, co tez jeszcze mozna zaobserwowac za kolejnym rogiem. Wszystko razem sprawia, ze szybko zapomina sie o przemierzanych odleglosciach…

 CDN.

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.